![]() |
O, o tym notka jest! |
Czy gadanie ze sobą jest oznaką szaleństwa?
Chyba tak, a czemu pytasz?
Bo właśnie gadam ze sobą.
Czyli ja…
Tak. Jesteś drugą stroną mojej osobowości.
Czemu drugą?
Jeeezuuu, bo nie trzecią.
Wolę być pierwszą.
Niech ci będzie.
Dzięki.
Czekoladki wyślesz później. Dzisiaj porozmawiamy sobie o „Małych zbrodniach małżeńskich”, a aby zacząć, wspomnijmy poprzednie, czytane przez nas utwory Schmitta, które ja, jędzowata strona osobowości Oenovicha, nie lubię. Zatem?
To ja też się przedstawię – wrażliwa strona osobowości, witam wszystkich czytających i ciebie, drogi rozmówco.
Nie podlizuj się.
Wcale tego nie robię.
Robisz.
Przechodząc do rzeczy – pierwszy był „Oskar i pani Róża”.
Może z sentymentu pominiemy komentowanie tej książki (nie, autor tego bloga wcale nie grał w szkolnej sztuce na podstawie tej opowieści, to nie on, to zły brat bliźniak o imieniu Tomek, tak, przyznaj się Tomek!).
Potem czytaliśmy „Pana Ibrahima i kwiaty Koranu”.
Tu już doszedłem do wniosku, że ma dziwny zwyczaj pisania na tematy ckliwe i komercyjne. Najpierw dziecko chore na raka, potem przyjaźń sieroty i muzułmanina, brakuje tylko małych kotków, żeby osiągnąć szczyt lukru. Serio, co w tym fajnego zarabiać na ludzkich tragediach przedstawionych w cukierkowy sposób? I myślenie małych dzieci przedstawione w genialny sposób, to chyba potomkowie Einsteina, bo u mnie w tym wieku troszkę inne rzeczy były w głowie. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że winda działa, dlatego że u góry stoi gromadka ludzi i ją ciągnie!
Może, ale Schmitt pisze zgrabnie. Nie popada w kicz, nie sili się na wybujały styl, czyta się go dobrze. Wpadki a la Coelho, cokolwiek by nie mówić – nie ma. Jest pewien rodzaj patosu, ale na takie tematy też trzeba pisać, a Schmitt robi to porządnie. Czasem radośnie, czasem nie. Nie w konwencji, że to jest czarne, a to białe.
Naprawdę? Pod tym względem postaci są płaskie. Albo jednoznacznie idealne, czasem częściowo dobre, bo mają jakąś wadę, albo ewidentnie zagubione. Nie ma tych „be”. W „Dziecku Noego” źli są Niemcy, ale to tło. Dużo się o nich mówi, ale jak pojawia się jakiś konkretny, to działa na korzyść tych dobrych. A jak już zrobią coś złego, to na jeden akapit i to jacyś nieskonkretyzowani, niemieccy „oni”. Chociaż na plus w tej powieści jest poruszenie tematu konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Duża odwaga ze strony autora.
Postaci są jednoznaczne, bo to opowieści „ku pokrzepieniu serc”. Gdyby wszystko było szare, nie wierzylibyśmy w dobro.
Poleciałeś w klimaty Coelha. Przyznaj.
Oj, tylko troszkę. Ale to akurat prawda była. Ty też się wychowywałeś na mało skomplikowanej psychologicznie „Małej Syrence”.
Zatem ostateczne wnioski z wcześniejszych doświadczeń?
Jego opowieści miały swoje wady, ale dalej były zwyczajnie dobrą literaturą, podkoloryzowaną, ale czasem człowiek takiej potrzebuje. Zatem wrażenia – bez zachwytu, ale pozytywnie.
No i sięgnąłem, tzn. sięgnęliśmy po „Małe zbrodnie małżeńskie”. Cudowne opinie, krwisty tytuł…
Tytuł to marketingowy majstersztyk. Chwytliwy jest.
Może ty zaczniesz?
No… Cokolwiek by nie mówić, najgorsza jego książka.
Miło, że się zgadzamy.
Ale nie jest zła! Fabularnie chyba najlepsza – bo i intryga, całkiem inny klimat, problem dobrze zarysowany…
Żeby czytelnicy mieli jasność – „Małe zbrodnie małżeńskie” to miszmasz cech dramatu i powieści. Opowiada o tym, co łączy małżeństwo po piętnastu wspólnych latach. Temat przez Schmitta został wyczerpany?
Myślę, że tak. Bo właściwie o niczym innym bohaterowie nie mówią.
Dla mnie to minus.
A dla mnie plus. Mieli o kanapkach gadać?
Nie. Ale w międzyczasie jednak coś innego się dzieje. Gdy rozmawiasz z przyjaciółmi przykładowo… o imprezie, to czasem zdarza wam się pójść w inny temat. A oni mielą tym ozorem i mielą, ja się nie dziwię, że patelnia zagrała tu sporą rolę.
Dramat to nie życie, a życie to nie dramat.
Ciekawy temat na rozprawkę. Pokusisz się?
Nie.
O, widzisz? I zboczyliśmy z tematu.
1:0 dla ciebie.
Ale bądźmy czepliwi. „Małe zbrodnie małżeńskie” są…
Naiwne?
To chyba dobre określenie. Mimo wszystko, ludzie w tym wieku się tak nie zachowują.
Przez przerysowanie chciał podkreślić problem.
To dziecinne.
Nie. Skuteczne.
Doceniam też sam pomysł intrygi. To mogło być naprawdę dobre. Ale jest takie… no właśnie, dziecinne. Kto czytał, niech wspomni patelnię – skrajny idiotyzm.
Zgadzam się, chociaż to mógł być element komiczny.
Element komiczny obok wsadzania swoich mądrości (kiepskich, tak na marginesie) jest słaby. I niepasujący.
Kiepskich mądrości?
Tak. Albo oczywiste oczywistości, albo wymuszone wydmuszki.
Przepraszam, ale te mądrości były akurat trafne!
Zdarzają się trafne myśli, ale to właśnie te oczywiste oczywistości… Ale naprawdę, żeby to chociaż pasowało, a tak brakowało tylko wielkiej, brokatowej tabliczki z napisem: „UWAGA! DAJCIE TO NA OPIS GADU-GADU!”.
A bohaterowie?
Nienajgorsi. Niegłupi, cwani, z problemami i przeszłością. No, tylko te problemy też takie wydumane…
Prawdziwe.
Ale idealnie stereotypowe i opisane tysiące razy. Zupełnie niepotrzebne.
Bo i problem jest częsty.
Tak. A komercyjny jak „Taniec z gwiazdami”. Ta sama liga.
Obrażasz ludzi.
Oj tam, tak to już bywa u jędzowatych stron osobowości.
Rozgadałeś się dzisiaj.
Bo mam o czym mówić. A plusów niewiele, to twoja robota mniejsza…
To ja proponuję podejść do tematu inaczej.
Taaak?
Załóżmy, że idziesz do teatru na sztukę na podstawie tej książki. Jako, że „Małe zbrodnie…” są dramatem, jest to całkowicie możliwe. Spektakl jest stuprocentowo zgodny z treścią. Zakładamy, że reżyseria, aktorstwo i wszystko inne było na dobrym poziomie. Nie wierzę, że wyszedłbyś niezadowolony.
Masz rację. Ale nie wyszedłbym zachwycony. Po prostu nie czułbym, że zmarnowałem wieczór.
O! Czyli Schmitt nie zaliczył wpadki.
Po pierwsze – o wpadce nikt nie mówił. Po drugie – duża w tym zasługa samego sensu teatru. Trudno tam wyłapać pojedyncze słowo. Czytając, przewidziałem szybko koniec. W teatrze byłoby to dużo trudniejsze.
Nie dojdziemy do kompromisu, prawda?
Czemu nie? Wystarczy, że uznamy „Małe zbrodnie małżeńskie” za książkę wałęsającą się między dwoma poziomami: „dobre” i „przeciętne”. O naprawdę baaardzo dobrym początku.
Zgoda!
Link do strony książki na LubimyCzytać – KLIK!
~*~
Z serii
SZOKUJĄCE PRAWDY Z INTERNETU
~*~
Z ogłoszeń: dziękuję za 1100 wejść na bloga! W życiu nie spodziewałbym się, że aż tyle osób pomyli adres i wlezie na Lepiszcze!
W najbliższej notce być może będzie szalony, nawet jak na lepiszczowe standardy, eksperyment. Trzymajcie kciuki!
Drogi Czytelniku, skoro przebrnąłeś przez tę notkę, to jesteś niesamowicie odporny. Pewnie śpisz w wulkanie.